Długo zastanawiałem się, jak podejść do tekstu podsumowującego miniony sezon Legii Warszawa. Z jednej strony trzeba przyznać, że patrząc na to, jak wyglądała jesień, drużyna podniosła się wiosną i finalnie była o punkt od gry w eliminacjach europejskich pucharów. Jednak z drugiej strony nie można udawać: przez większość sezonu Legia broniła się przed spadkiem do I ligi. Sam ten fakt jest kompromitacją dla każdego człowieka pracującego przy Łazienkowskiej.
Komentarz: To nie kryzys. To systemowy chaos
Dlatego według mnie zamiast przepisu na mistrzostwo, władze Legii po raz kolejny pokazały, że perfekcyjnie opanowały jedynie przepis na katastrofę. I - co najgorsze - mam wrażenie, że oni nadal nie rozumieją, jak blisko klub był całkowitego upadku sportowego.
W tym klubie praktycznie nikt nie potrafi powiedzieć zwykłego „przepraszam”. Przepraszam za fatalne decyzje transferowe. Przepraszam za chaos organizacyjny. Przepraszam za budowę kadry bez pomysłu. Przepraszam za kolejny sezon, w którym kibice Legii zamiast oglądać walkę mistrzostwo, drżeli przez kilkanaście kolejek o to, czy się ich ukochany klub utrzyma.
I właśnie to chyba najbardziej irytuje. Nie same błędy, bo błędy zdarzają się wszędzie. Problemem jest to, że przy Łazienkowskiej nikt nie chce ich nawet nazwać po imieniu. Mam wręcz wrażenie, że według tych wszystkich klubowych „kucharzy”, którzy co chwilę opowiadają o wielkich planach, strategiach i rozwoju, żadnych błędów w ogóle nie było.
Dlatego trudno traktować ten sezon inaczej niż jako ogromne ostrzeżenie. Bo jeśli w klubie nadal będą zamiatać problemy pod dywan, udawać, że wszystko idzie w dobrą stronę i opowiadać bajki o wielkich projektach, to prędzej czy później ta katastrofa, przed którą Legia drugi raz uciekła, w końcu nadejdzie. I żaden przepis tego nie uratuje.
Powtarzalność w błędach
Z góry przepraszam wszystkich kibiców Legii za przywoływanie bardzo złych wspomnień, ale miniony sezon momentami do złudzenia przypominał katastrofalne rozgrywki 2021/2022. I nie chodzi wyłącznie o miejsce w tabeli czy nerwowe oglądanie się za siebie, ale przede wszystkim o chaos, brak planu i gaszenie pożarów wywołanych przez ludzi zarządzających klubem.
Cztery lata temu Legię prowadził Czesław Michniewicz, rok temu na Łazienkowską sprowadzono Edwarda Iordănescu. I już samo jego powitanie przez Marcina Herrę brzmiało jak klasyczna klubowa propaganda sukcesu:
„W nowy sezon trzeba wejść z pozytywnymi emocjami. Witam w klubie trenera Edwarda Iordanescu, który został zatrudniony w wyniku procesu wyboru przeprowadzonym przez Michała Żewłakowa. Liczymy na to, że będzie to dobra współpraca i skuteczne działanie.”
Brzmiało ładnie. Problem w tym, że rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała te słowa. Iordănescu - szybko nazwany przez kibiców „Niewyspanescu” - praktycznie każdą konferencję zamieniał w opowieść o zmęczeniu, braku snu i problemach organizacyjnych. I szczerze? Już wtedy zapalała mi się lampka ostrzegawcza. Bo Legia kolejny raz postawiła na trenera, który zwyczajnie nie był gotowy na prowadzenie tak dużego klubu.
Nazwisko i medialna otoczka to jedno, ale fakty były brutalne. Najdłużej prowadził Pandurii - przez zaledwie 59 meczów. Jeszcze gorzej wyglądało jego doświadczenie w europejskich pucharach, gdzie poza Legią poprowadził inne zespoły jedynie w sześciu spotkaniach, głównie eliminacyjnych.
I ten brak doświadczenia było widać od pierwszych tygodni. Zamiast budować drużynę i uspokajać sytuację, trener głównie narzekał - na transfery, na kadrę, na przygotowanie zespołu czy zmęczenie. Problem w tym, że kibiców Legii naprawdę mało interesuje ile godzin śpi trener, gdy drużyna wygląda na boisku jak przypadkowo zebrana grupa ludzi.
Efekt? Chaos taktyczny, fatalna gra, brak wyników i coraz większa frustracja wokół klubu. Legia momentami wyglądała jak zespół kompletnie pozbawiony tożsamości. A finał był dokładnie taki, jakiego można było się spodziewać - zwolnienie trenera i kolejna próba ratowania sezonu na szybko.
I właśnie tutaj pojawia się największa analogia do sezonu 2021/2022. Wtedy po zwolnieniu Michniewicza uznano, że sytuację uda się przeczekać trenerem z wewnątrz. Padło na Marka Gołębiewskiego. Problem w tym, że już wtedy wyglądało to bardziej na desperację niż plan ratunkowy.
Spójrzmy na fakty. Gołębiewski przed objęciem Legii prowadził seniorsko jedynie Skrę Częstochowa - 33 mecze i średnia 1,42 punktu na spotkanie. I przy klubie takim jak Legia to nie powinna być czerwona lampka. To powinien być alarm widoczny z drugiego końca Warszawy. Efekt? Trzy zwycięstwa i osiem porażek. Legia dalej tonęła.
Wydawało się, że po takim sezonie przy Łazienkowskiej wyciągną jakiekolwiek wnioski. Ale nie. Tym razem postanowiono przebić tamten absurd.
Po zwolnieniu Iordănescu stery powierzono Inakiemu Astizowi. I znów - ogromny szacunek dla niego jako piłkarza, ale sentymenty nie utrzymują klubów w lidze. Astiz przed objęciem Legii nie miał żadnego doświadczenia jako pierwszy trener. Żadnego. Nawet w piłce juniorskiej. A mimo to dostał drużynę walczącą o utrzymanie.
To trochę tak, jakby podczas turbulencji oddać stery samolotu komuś, kto wcześniej tylko zaglądał do kokpitu. Efekty były łatwe do przewidzenia: 10 meczów, 1 zwycięstwo, 3 remisy i 6 porażek. Legia wyglądała jeszcze bardziej zagubiona, a klub coraz mocniej osuwał się w stronę katastrofy.
Najgorsze jest to, że to nie był pech. To był efekt fatalnych decyzji ludzi zarządzających klubem. Decyzji podejmowanych bez refleksji i bez wyciągania wniosków z własnych błędów.
Oba kryzysy pokazują też coś jeszcze. W momencie, gdy Legia naprawdę znalazła się pod ścianą, sięgnięto po trenerów, którzy doskonale rozumieli, czym jest ten klub i jakie są wobec niego oczekiwania. W sezonie 2021/2022 ratownikiem został Aleksandar Vuković. Teraz podobną rolę odegrał Marek Papszun. I nagle okazało się, że można.
Vuković wyciągnął Legię ze strefy spadkowej i zakończył sezon na 10. miejscu z dorobkiem 43 punktów. Papszun również przejął zespół w fatalnym momencie, ale nie tylko utrzymał Legię, lecz także sprawił, że wiosną była trzecią siłą ligi - obok GKS-u Katowice, ustępując jedynie mistrzowi Polski, Lechowi Poznań.
Papszun jest po prostu wynikowcem. Nie opowiada o braku snu, tylko robi wszystko, żeby dowieźć wynik. Vuković miał utrzymać Legię - utrzymał. Papszun miał wyciągnąć ją z kryzysu i poprawić wyniki - zrobił to.
I właśnie dlatego najbardziej boli jedno pytanie: co by było, gdyby władze Legii wcześniej uczyły się na własnych błędach?
Transferowy szał
Pamiętacie to letnie podniecenie? Te zachwyty nad transferami, wielkie zapowiedzi i przekonanie, że „tym razem musi się udać”? Ja pamiętam doskonale, bo sam dałem się temu ponieść. Sam jarałem się niektórymi nazwiskami, jak chociażby Kacprem Urbańskim. Problem w tym, że w Legii od lat wszystko wygląda dokładnie tak samo - wielka rewolucja, wielkie nadzieje, a kilka miesięcy później kolejny reset i zaczynanie od nowa.
Latem do Legii przyszło aż dziesięciu nowych zawodników i dokładnie tylu samo odeszło. Dużo? To teraz spójrzmy szerzej. W ostatnich pięciu sezonach przez Legię przewinęło się aż 69 nowych piłkarzy, a klub opuściło 93 zawodników. I mówimy tutaj o zaledwie dwunastu okienkach transferowych. Nie wliczam do tego młodzieży przesuwanej z rezerw ani młodych wypychanych na wypożyczenia bez większego wpływu na pierwszy zespół.

To pokazuje jeden podstawowy problem - w Legii od lat nie istnieje coś takiego jak stabilizacja. Tu praktycznie co pół roku buduje się nową drużynę. Nowi piłkarze, nowy trener, nowe pomysły, nowe „projekty”. A potem przychodzi jesień lub wiosna i okazuje się, że wszystko znów trzeba zmieniać.
Dla porównania spójrzmy na Lecha Poznań. W dwóch ostatnich okienkach sprowadzili dziesięciu zawodników i pożegnali dwunastu. Na pierwszy rzut oka wygląda podobnie do Legii. Tylko że jest jedna zasadnicza różnica - Lech od kilku lat sprowadza piłkarzy z konkretnym pomysłem i jednocześnie cierpliwie buduje młodych zawodników. Nie sprzedaje ich po jednej dobrej rundzie, nie wymienia pół składu co sezon i przede wszystkim potrafi stworzyć trzon drużyny.
Efekty? W ostatnich dwóch latach Lech dwa razy zdobywał mistrzostwo Polski, a Legia mogła jedynie patrzeć na jego plecy. I to patrzeć z coraz większym dystansem. W ostatnich pięciu bezpośrednich meczach Legia dostała od Lecha dwa solidne lania, raz minimalnie przegrała, zanotowała remis i tylko raz wygrała - w Superpucharze Polski.
Najbardziej brutalnie widać to jednak przy analizie kadr obu zespołów. W Lechu bez problemu można wskazać kilku zawodników, na których klub realnie zarobi duże pieniądze. Bartosz Mrozek, Michał Gurgul, Antoni Kozubal, Wojciech Mońka czy Patrik Wålemark - to są piłkarze, którzy mają wartość sportową i sprzedażową. A Legia? Ilu dziś ma zawodników, których realnie można sprzedać za więcej niż dwa miliony euro? Otto Hindrich, który dopiero co przyszedł. Kamil Piątkowski. Może ktoś zainteresuje się Rubenem Vinagre albo Kacprem Urbańskim. I właściwie tyle.
To właśnie pokazuje skalę problemu. Legia od lat żyje od rewolucji do rewolucji, bez planu, bez cierpliwości i bez budowania wartości sportowej oraz finansowej drużyny. A najgorsze jest to, że przy Łazienkowskiej nadal często bardziej liczy się gaszenie pożarów niż stworzenie czegokolwiek trwałego.
Emeryci na start
Nie od dziś wiadomo, że największym oczkiem w głowie Dariusza Mioduskiego jest LTC i cała akademia Legii. Przed praktycznie każdym sezonem słyszymy te same zapowiedzi - młodzi mają dostawać więcej szans, regularnie grać i w przyszłości być sprzedawani za duże pieniądze. Plan był ambitny. Legia miała stać się polskim odpowiednikiem Ajaxu albo RSC Anderlechtu. Problem w tym, że rzeczywistość od lat brutalnie weryfikuje te marzenia.
Dziś akademia Legii coraz częściej sprawia wrażenie bardziej kosztownej wizytówki niż realnie działającego projektu sportowego. Wystarczy spojrzeć na liczby. W minionym sezonie Legia zajęła dopiero 12. miejsce w lidze pod względem minut rozegranych przez polskich zawodników z rocznika 2004 i młodszych. Łącznie uzbierali oni 2396 minut, z czego prawie połowę nabił sam Wojciech Urbański - dokładnie 1070 minut. To pokazuje skalę problemu. Młodzi niby są, niby trenują w świetnych warunkach, ale kiedy przychodzi moment prawdziwego grania, nagle znikają.
I paradoksalnie właśnie w sezonie, w którym Legia przez długi czas broniła się przed spadkiem, młodzi mogliby dostać więcej szans. Nie po to, by od razu budować na nich cały skład, ale żeby stopniowo ich wprowadzać. Tymczasem klub znów szedł głównie w doświadczenie, często niekoniecznie idące w parze z jakością sportową.
Oczywiście pojawiają się kolejne deklaracje. Marek Papszun zapowiada:
„Dodatkowo wracają nasi gracze z wypożyczeń: Zbróg i Olewiński. Gracze z Pogoni Grodzisk rozegrali ponad 2 tysiące minut w tym sezonie i zebrali ogromne doświadczenie. Chcemy, żeby zaczęli z nami przygotowania, pojechali na zgrupowanie. Musimy ich „dotknąć” w treningu i zobaczyć, jak wyglądają w bezpośredniej konfrontacji z naszymi piłkarzami. Dostaną też swoje szanse w meczach sparingowych. Chcemy również mocniej stawiać na chłopaków z akademii, stąd takie ruchy kadrowe. Być może pojawią się jeszcze jakieś transfery przychodzące, ludzie, którzy dadzą nam jeszcze więcej jakości”.
Brzmi to dobrze, naprawdę dobrze. Problem w tym, że podobne słowa kibice Legii słyszą od lat. A później przychodzi sezon i okazuje się, że w kluczowych momentach trenerzy znów stawiają na trzydziestolatków, bo „młody jeszcze nie jest gotowy”.
Tymczasem kadra Legii robi się coraz starsza. Klub opuścili już Kacper Tobiasz, Juergen Elitim, Patryk Kun, Radovan Pankov i Ermal Krasniqi, więc naturalnie potrzeba wzmocnień. Tyle że patrząc na dotychczasowe ruchy i plotki transferowe, trudno oprzeć się wrażeniu, że Legia znów skręca głównie w stronę bardzo doświadczonych zawodników.
Przedłużono umowę z Augustyniakiem, do klubu trafili już Zoran Arsenić i Ivan Brkić, blisko jest Łukasz Zjawiński, a w mediach przewijają się kolejne nazwiska starszych piłkarzy, jak Bartosz Bereszyński czy Rifet Kapić. I jasne - nie ma nic złego w sprowadzaniu doświadczonych zawodników. Problem zaczyna się wtedy, gdy zespół całkowicie traci balans.
Dziś Legia ma coraz mniej piłkarzy, których można realnie rozwinąć i później sprzedać za większe pieniądze. A jeśli tacy zawodnicy już się pojawiają, to dostają marginalną rolę. Średnia wieku zespołu mówi sama za siebie. W poprzednim sezonie wynosiła 27,1 lat. Rok i dwa lata wcześniej było to 25,1, a trzy sezony temu 26,0. Teraz - po odejściach i pierwszych transferach - średnia wieku kadry wynosi już około 28 lat.
I właśnie tutaj dochodzimy do największego problemu. Legia od lat opowiada o budowie modelu opartego na akademii i sprzedaży młodych zawodników, ale coraz bardziej oddala się od tego kierunku. Zespół zaczyna przypominać drużynę budowaną na krótkoterminowe przetrwanie, a nie klub, który ma tworzyć wartość sportową i finansową.
Historia ostatnich lat pokazuje coś jeszcze - im mniej pieniędzy Legia wydaje, tym lepiej trafia z transferami. Dlatego może brak wielkich budżetów nie jest największym problemem. Problemem jest brak balansu i konsekwencji. Bo jeśli akademia ma być czymś więcej niż tylko nowoczesnym budynkiem i hasłem marketingowym, to młodzi zawodnicy muszą w końcu zacząć naprawdę grać. Inaczej cały projekt pozostanie tylko piękną teorią.
Chaos zamiast strategii. Legia znów w tym samym punkcie
Legia od wielu lat sprawia wrażenie klubu, który kompletnie zagubił własną tożsamość. Co chwilę pojawiają się nowe wizje, kolejne „rewolucje”, nowe przepisy na sukces i następni ludzie mający być gwarancją powrotu na szczyt. Problem w tym, że po latach tych wszystkich zmian trudno dziś odpowiedzieć na podstawowe pytanie - czym właściwie Legia chce być jako klub i w jakim kierunku ma zmierzać.
Można powiedzieć, że obecnie kierunek wyznacza Marek Papszun. I nie napiszę, że to źle, bo widać, że trener zaczął robić porządki zarówno w szatni, jak i wokół zespołu. Piłkarze zaczęli punktować, Legia wydostała się ze strefy spadkowej, a na wiosnę była jedną z najlepszych drużyn ligi. Problem polega jednak na tym, że znów cały klub zaczyna być budowany pod jednego człowieka. A co stanie się wtedy, gdy Papszun za rok czy dwa dostanie ofertę z reprezentacji albo mocniejszego klubu i po prostu odejdzie? Legia ponownie zostanie z niczym. Bez fundamentów, bez długofalowego planu i bez stabilności. Przy Łazienkowskiej wszyscy patrzą wyłącznie na „tu i teraz”. Nikt nie buduje czegoś trwałego. Każdy kolejny kryzys gasi się pożarem, zamiast wyciągać wnioski i stworzyć system odporny na błędy pojedynczych ludzi.

Najbardziej przerażające jest jednak to, że mimo tylu kompromitacji i katastrof osoby zarządzające klubem wciąż popełniają dokładnie te same błędy. I nawet nie próbują przyznać się do winy. Po tak fatalnym sezonie kibice naprawdę nie oczekują cudów. Nie oczekują wielkich sloganów o odbudowie potęgi. Wielu chciałoby po prostu usłyszeć zwykłe: „przepraszamy”.
Tymczasem przed sezonem słyszeliśmy od Marcin Herra:
„Mamy dużo większe aspiracje w lidze, to klucz do tego sezonu, ale poprzedni to był okres transformacji. Dziś jesteśmy w silniejszym składzie w obszarze sportu, w silniejszym składzie na kluczowych stanowiskach. Jest Fredi Bobić, Michał Żewłakow, dyrektor akademii. Chcemy dać kibicom satysfakcję, żeby znowu byli dumni z naszej pozycji w Ekstraklasie, żeby kontynuować lub poprawić wynik na arenie międzynarodowej. Wszyscy w klubie jesteśmy po to, żeby wspierać trenera i zespół, mamy świetne osoby do pracy w obszarze sportu i w klubie, musimy być zjednoczeni, współpracujący i wspierający w nadchodzącym sezonie. Nasze ambicje są zawsze najwyższe. Kluczowe jest wrócić na nasze miejsce”.
Ta wypowiedź dziś brzmi brutalnie. Bo pokazuje, że w Legii nadal bardziej żyje się deklaracjami niż rzeczywistością. Klub miał być silniejszy organizacyjnie, a skończyło się kolejnym chaosem. Michał Żewłakow już odszedł, projekt znów się rozsypał, a kibice po raz kolejny słyszą o „budowie”, „procesie” i „powrocie na właściwe miejsce”.
Zostaje jeszcze Fredi Bobić i coraz częściej człowiek zaczyna się zastanawiać, po co właściwie jest dziś w Legii. Czy realnie ma pomóc klubowi wyjść z chaosu, czy bardziej służy jako nazwisko do pokazywania na salonach? Trochę jak graniem w koszykówkę z Barackiem Obamą.
Obecnie Legia nie ma nawet solidnych fundamentów pod budowę dominującego klubu w Polsce, nie mówiąc już o Europie. Dziś Legia to po prostu ligowy średniak z ogromną historią, wielką bazą kibiców i gigantycznymi oczekiwaniami. I jasne, za rok może przyjść mistrzostwo. W piłce wszystko jest możliwe. Problem w tym, że trudno wierzyć w trwały sukces, gdy osoby zarządzające klubem od lat nie uczą się na własnych błędach.
Kibice dalej przy tym klubie są. Mimo rozczarowań, kompromitacji i chaosu nadal jeżdżą na mecze, wspierają zespół i żyją Legią. A w zamian często dostają jedynie kolejne podziękowania za cierpliwość i wierność, zamiast szczerego rozliczenia tego, co poszło źle.
Dlatego pozostaje mieć nadzieję, że przy Łazienkowskiej nie będzie ciągle nowych wizji pewnego wizjonera czy przepisów na sukces innego, który nie potrafił pomóc w dobraniu odpowiednich składników i, że uda się uniknąć tego co jeszcze inny zrobił w Hercie Berlin.
Kamil Dumała
