Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Nasze oceny

Plusy i minusy po rewanżu z Banikiem

sobota, 2 sierpnia 2025 08:46
Plusy i minusy po rewanżu z Banikiem
Legionisci.com
Mikołaj CiuraLegionisci.com

W czwartkowy wieczór przy Łazienkowskiej Legia Warszawa po niezwykle emocjonującym meczu pokonała Banika Ostrawa 2-1 i przypieczętowała awans do 3. rundy eliminacji Ligi Europy. Podopieczni trenera Edwarda Iordanescu przez praktycznie pełny mecz kontrolowali jego przebieg i kreowali sobie wiele sytuacji, ale przez nieskuteczność i indywidualne błędy mogli zaprzepaścić szansę. Ostatecznie, szczęście przeszło na ich stronę i pomogło im zanotować szósty mecz bez porażki z rzędu. Zapraszamy na oceny, jakie przyznaliśmy "Wojskowym" za to spotkanie.


Jean-Pierre Nsame - Jak sam Kameruńczyk wspomniał, był to dla niego niesamowity i emocjonalny występ. Nsame wybiegł w pierwszym składzie na mecz domowy po raz pierwszy od prawie roku, a atmosfera wokół niego była kompletnie inna niż w tamtym czasie. Zdecydowanie było to widać w jego poczynaniach na boisku. Napastnik od początku był pazerny, za wszelką cenę chciał trafić do siatki Banika. W pierwszej połowie udało mu się to dwukrotnie, lecz niestety oba gole musiały być anulowane przez pozycję spaloną. Przy pierwszej sytuacji sporą winą można obarczyć Rafała Augustyniaka, który zbyt długo zwlekał z podaniem, choć Nsame również powinien trzymać linię spalonego do końca. Samo wykończenie ze strony napastnika było jednak wzorowe. Przy drugim niezaliczonym trafieniu kameruński atakujący dobrze odnalazł się na 11. metrze, oderwał od defensora i pewnym, mocnym strzałem z góry skierował piłkę w światło bramki, przełamując ręce golkipera. Nsame mimo to nie załamał się, pracował ciężko dalej i niecałe 10 minut od rozpoczęcia drugiej połowy, w imię powiedzenia "do trzech razy sztuka", w końcu zdobył bramkę. Napastnik dobrze odnalazł miejsce między obrońcami, wybiegł za linię defensywy i perfekcyjnie wykończył sytuację oko w oko z bramkarzem. Prócz tych sytuacji Kameruńczyk świetnie pracował w pressingu, był pierwszą linią nacisku na rywali i non stop przeszkadzał im w swobodnym rozegraniu piłki. Zszedł z boiska w 81. minucie. Przykład Nsame pokazuje, że przy dobrym nastawieniu i ciężkiej pracy można zmienić swoją sytuację choćby w przeciągu tygodnia.


Wahan Biczachczjan - Ormianin rozegrał zdecydowanie najlepsze zawody odkąd trafił na Łazienkowską. Pierwsze 45 minut nie było idealne w jego wykonaniu - sporo ryzykował, próbował swoich sił w indywidualnych rajdach, lecz wychodziły mu one z różną skutecznością, bo często wchodził w zbyt duży tłok, z którego nie potrafił wyjść górą. Już w tej części pokazał jednak, że jego przegląd pola tego dnia jest naprawdę świetny. W 36. minucie posłał podanie górą za linię obrony na prawą stronę do Pawła Wszołka, co skończyło się zbyt wysokim strzałem Ryoyi Morishity. Kilka minut później znów obsłużył podaniem prawego obrońcę, lecz ten nie utrzymał linii spalonego, choć skrzydłowy również mógł zdecydować się na podanie chwilę wcześniej. W drugiej połowie wyglądał jeszcze konkretniej. Fenomenalnie zachował się przy pierwszy trafieniu - poczekał na podanie do ostatniej chwili, aż obrońca był bardzo blisko niego i zagraniem z pierwszej piłki zwiódł go jak dziecko i otworzył dużo przestrzeni dla reszty drużyny, co ostatecznie poskutkowało asystą drugiego stopnia. Takową zanotował również przy drugiej bramce dla "Wojskowych". Ormianin świetnie zastawił się w walce o górną piłkę z Patrickiem Kpozo, zauważył wybiegającego obok niego Ryoyę Morishitę i odegraniem z pierwszej piłki wyprowadził go do sytuacji sam na sam. Biczachczjan pokazał się w tym meczu z naprawdę pozytywnej strony i udowodnił, że jest najlepszym wyborem na prawą flankę w ofensywie. Został zmieniony w 76. minucie.


Ryoya Morishita - Może Japończykowi nie wychodziło w tym meczu wszystko, ale trzeba ocenić go pozytywnie za starania i waleczność. Poza Jean-Pierre'm Nsame był najbardziej aktywnym zawodnikiem Legii pod kątem ofensywnym. Już w 2. minucie oddał mocny, choć przewidywalny strzał z dużego kąta z lewej flanki. Wielokrotnie schodził ze swojej pozycji bliżej środka w poszukiwaniu następnych strzałów. W 8. minucie jego uderzenie z dystansu zostało wyblokowane, ale o piłkę w polu karnym powalczył Juergen Elitim i wyłożył ją do skrzydłowego w okolice 14. metra, niepilnowany Morishita huknął pod poprzeczkę, lecz świetną interwencją popisał się Dominik Holec. Japończyk uderzał jeszcze w 35. minucie, kiedy wbiegł w pole karne i odebrał zagranie po ziemi od Pawła Wszołka, ale uderzając w pełni biegu i będąc naciskanym przez rywala, fatalnie przestrzelił. Chwilę wcześniej to właśnie Morishita celnie dośrodkował na dalszy słupek na głowę prawego obrońcy, doprowadzając go do dogodnej okazji. Tu trzeba wspomnieć też o jego złym zachowaniu przy własnym polu karnym z 31. minuty - zachował się nonszalancko w pojedynku z Matějem Šínem, fatalnie przyjął wysoką piłkę, co sprokurowało odbiór i bardzo groźną okazję dla przeciwnika, która na jego szczęście nie zakończyła się stratą gola. Odpłacił się za to z nawiązką w 74. minucie. Grając już w środku pola, zszedł na lewą stronę, uwolnił się na wolną pozycję, wybiegł sam na sam z bramkarzem i początkowo ogrywając go, wypuścił sobie piłkę za daleko, ale powalczył o nią do samego końca i wyciągając ją praktycznie z linii końcowej, nabił nogi rywala, dając zwycięską bramkę. Zszedł z boiska w 76. minucie. Być może po tym meczu coś w końcu przeskoczy w poczynaniach Morishity i wróci do swojej dyspozycji z poprzedniego sezonu.


Bartosz Kapustka - Widać było w poczynaniach kapitana Legii, że odpoczynek w meczu z Koroną Kielce przydał mu się i dał mu świeżość. Od samego startu był najaktywniejszym zawodnikiem środka pola, brał na siebie ciężar rozegrania i rozrzucał piłkę do przodu, napędzając ataki, a kiedy było trzeba, uspokajał je. Inteligentnie poruszał się po boisku, często był w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie i przede wszystkim znacznie szybciej podejmował decyzje. W 28. minucie dośrodkował z rzutu rożnego idealnie na dalszy słupek, gdzie znajdował się Rafał Augustyniak, od którego odbiła się piłka, ale jeden z defensorów wybił ją z linii bramkowej. W tej sytuacji był bardzo blisko asysty, a w 54. minucie udało mu się już ją zanotować. Kapustka przytomnie znalazł się w środku pola na połowie rywala, dobrze zabrał się z piłką po podaniu od Wahana Biczachczjana i świetnym prostopadłym podaniem za linię obrony wypatrzył niepilnowanego Jean-Pierre'a Nsame. Pracował również czynnie w pomocy w defensywie i nacisku na rywali. Cieszy, że po słusznej krytyce na starcie sezonu, jego forma zaczyna rosnąć, a Kapustka staje się motorem napędowym zespołu.


Jan Ziółkowski - Po raz kolejny można o młodym defensorze mówić w samych superlatywach. Był praktycznie nie do przejścia, imponując spokojem, pewnością siebie i dojrzałością, która wykracza poza jego wiek, choć argumentu młodości defensora chyba powoli trzeba przestać używać. Świetnie ustawiał się w defensywie – zarówno przy kontratakach, jak i długich podaniach przeciwników – skutecznie kasując zagrożenie już w zarodku. Ziółkowski znakomicie czytał grę, przewidywał zamiary rywali i nie wchodził w niepotrzebne pojedynki, choć w pierwszej połowie trochę dał się wciągnąć w gierkę z jednym z rywali, jednak wyszedł z niej bez szwanku. Przy straconej bramce nie można mieć do niego pretensji - Ziółkowski dobrze się ustawił, wyprzedził Erika Prekopa, myśląc, że zostawia napastnika na pozycji spalonej, którą złamał Steve Kapuadi. Gdy atakujący niespodziewanie otrzymał piłkę, młodzieżowiec próbował zareagować wślizgiem, lecz było już za późno. Generalnie jego występ w defensywie był po prostu bezbłędny. Uczestniczył także czynnie w rozegraniu piłki, zabierał się z nią poza własne pole karne, połykając przestrzeń. Ziółkowski pokazuje, że już jest filarem defensywnym Legii, ciekawe na jak długo, bo już słychać o licznym zainteresowaniu jego osobą z najlepszych lig europejskich.


Kacper Tobiasz - Szkoda, że golkiperowi Legii nie udało się zachować w tym spotkaniu czystego konta. Czy mógł lepiej zareagować przy straconej bramce? Wydaje się, że nie. Tobiasz zebrał się do interwencji przy strzale sprzed pola karnego, nie spodziewał się, jak większość zawodników Legii, że piłkę przejmie Erik Prekop, a przy uderzeniu napastnika z bliskiej odległości było już za późno na skuteczną obronę, choć bramkarz i tak zdołał zebrać się z ziemi i rzucić w kierunku piłki. W 31. minucie Tobiasz wykazał się świetną interwencją, być może kluczową w kwestii awansu. Po błędzie Ryoyi Morishity dośrodkowanie na 5. metr otrzymał Prekop, skierował piłkę głową na dalszy słupek, jednak Tobiasz zdołał się wyciągnąć i sparować piłkę nad poprzeczkę, ratując Legię przed stratą drugiej bramki. Od tamtego momentu do końcówki drugiej części Banik tak naprawdę nie zagroził jego bramce. W 90. minucie 22-latek po raz kolejny miał szansę na pokazanie swoich umiejętności w bronieniu rzutów karnych, stanął oko w oko z Davidem Buchtą i choć zawodnik z Czech ostatecznie nie trafił w bramkę, Tobiasz świetnie wyczuł jego intencje i wydaje się, że przy celnym strzale wybroniłby go. W ostatniej akcji meczu wykazał się przytomnością, wybił piłkę do Pawła Wszołka, który mógł z własnej połowy skierować ją do pustej bramki, ale z braku sił nie udało mu się to. Rosnąca pewność siebie golkipera jest bardzo radosną wieścią.


Paweł Wszołek - To był niejednoznaczny występ prawego defensora. Pozytywnie można ocenić go w poczynaniach ofensywnych. Wszołek często podłączał się do ataków, pracował bardzo dużo na połowie rywala i wielokrotnie pokazywał się do podań na prawej stronie. W pierwszej połowie udało mu się wykreować dwie dobre okazje dla kolegów z drużyny. W 36. minucie odebrał fenomenalne zagranie od Wahana Biczachczjana, wbiegł w pole karne i poczekał, aż partnerzy podłączą się do ataku i wyłożył piłkę na 11. metr do Ryoyi Morishity, który przestrzelił wysoko nad bramką. W 40. minucie Wszołek obiegł Biczachczjana, otrzymał od niego zagranie i dograł idealnie na prawą nogę do Jean-Pierre'a Nsame, jednak minimalnie za wcześnie ruszył na prawej stronie i nie mógł dopisać sobie kolejnej asysty, bo znajdował się na pozycji spalonej. Dziesięć minut wcześniej boczny obrońca sam miał szansę na gola, dobrze pokazał się na dalszym słupku, powalczył z defensorem i wygrał pojedynek o dośrodkowaną piłkę, ale wręcz ekwilibrystycznym strzałem głową trafił tylko w bramkarza. W drugiej części także podłączał się do ofensywy, ale nie miał większych szans na zrobienie pożytku z piłką poza jedną, celną centrą na głowę Nsame. Znacznie gorzej wyglądała jego gra defensywna. Wszołek pozwalał rywalom na zbyt wiele, momentami był spóźniony i zostawiał zbyt wiele wolnej przestrzeni. W 86. minucie faulował rywala, prokurując rzut karny. Prawy obrońca podjął złą decyzję, próbując interweniować na raz, zamiast ustawić się w polu karnym i to ryzyko niestety się nie opłaciło, choć pamiętajmy, że nie tylko on zawinił przy tej okazji. Ta pomyłka mogła kosztować Legię wiele i zniweczyć jego wcześniejsze starania ofensywne.


Ruben Vinagre - Co zaskakujące, Portugalczyk zagrał lepiej w defensywie w drugim meczu z rzędu od Pawła Wszołka. Pod własną bramką był dość odpowiedzialny, trzymał się blisko rywali i przerywał ich dynamiczne ataki prawą stroną. Zadania nie miał łatwego, bo jego flanką często atakował Matěj Šín, który jednak nie miał łatwej przeprawy z lewym obrońcą. Nieco mniej przekonująco wyglądała jego gra ofensywna. Choć momentami można było dostrzec przebłyski formy z rundy jesiennej ubiegłego sezonu – częste zejścia do środka, próby przyspieszania akcji i szukanie kombinacyjnej gry – to jednak brakowało mu konkretów. W kluczowych momentach decydował się na oddanie piłki zamiast podjąć ryzyko samodzielnego wykończenia lub nieszablonowego zagrania. Był zamieszany w sprokurowanie akcji, po której gracze Banika zdobyli rzut karny, po niedokładnym podaniu Steve'a Kapuadiego, na połowie rywala zareagował bardzo dziwnie, kompletnie niepotrzebnym wślizgiem, a ten błąd tak naprawdę otworzył i napędził całą akcję na prawej stronie. Wydaje się również, że Portugalczyk powinien zareagować i wracać za tym atakiem do defensywy, ale widać było u niego ogromne zmęczenie i brak sił na powrót. Powoli zaczyna być widać jakieś minimalne zalążki powrotu do lepszej dyspozycji, ale przez pojedyncze decyzje Vinagre pokazuje, że jest jeszcze do tego daleko.


Juergen Elitim - Na pewno był to jeden z najbardziej skrytych występów kolumbijskiego pomocnika. Zdecydowanie oddał inicjatywę innym zawodnikom ze środka pola, chociaż sam również kilka razy dobrze zabrał się z piłką i otwierającymi podaniami próbował napędzić ataki zespołu. W 8. minucie dobrze znalazł się w polu karnym i powalczył o górną piłkę po zablokowanym strzale Ryoyi Morishity, idealnie wyłożył piłkę do Japończyk na strzał, lecz asystę zabrała mu świetna interwencja golkipera. Mimo to, zdarzało mu się też kilka razy zagrać prosto pod nogi przeciwnika. Przy straconej bramce był nieco zagubiony, wydaje się, że to on odpuścił krycie Davida Buchty, który niepilnowany doszedł do strzału sprzed pola karnego. Wchodził w dużą liczbę pojedynków z rywalami, co niestety w pewnym momencie nie skończyło się dobrze i pomocnik musiał opuścić boisko w przerwie z powodu urazu. Jak wytłumaczył na konferencji prasowej trener Edward Iordanescu, Kolumbijczyk już przed meczem trenował mniej i odczuwał problemy zdrowotne, co może tłumaczyć jego gorszy dzień i słabszą dyspozycję. Elitimowi należy się jednak szacunek, że mimo dyskomfortu, jako jeden z kluczowych zawodników, chciał być razem z drużyną i pomóc jej osiągnąć awans.


Rafał Augustyniak - Defensywny pomocnik po raz kolejny średnio radził sobie z bardziej dynamicznymi zawodnikami środka pola Banika, przez co popełniał proste błędy. Mógł zacząć ten mecz dobrze, w 6. minucie przejął niedokładne podanie i popędził środkiem pola, zagrywając prostopadle do Jean-Pierre'a Nsame i notując asystę, lecz zbyt długo zwlekał z tym podaniem, wykonał o jedno przyjęcie za dużo, przez co napastnik w momencie zagrania znajdował się już na minimalnej pozycji spalonej. Akcja bramkowa Czechów zaczęła się od tego, że Augustyniak przyjęciem dał się zwieść Matějowi Šínowi i musiał ratować się faulem, a bramka padła po rozegraniu tego rzutu wolnego, podczas którego przy próbie wybicia piłki posłał ją wprost pod nogi Davida Buchty. Dobrze zachował się natomiast w 28. minucie, kiedy powalczył w polu karnym rywala o wrzutkę z rzutu rożnego, futbolówka odbiła się od niego, ale została wybita z linii bramkowej przez jednego z defensorów. W defensywie zachował się dziecinnie również w 85. minucie, w sytuacji z rzutem karnym dla rywali - wydawało się, że kontroluje sytuację w środku pola, jednak, po raz kolejny, przyspieszającym przyjęciem dał się ograć, a zmęczony nie miał najmniejszych szans na dogonienie Erika Prekopa, który popędził dalej i został faulowany w polu karnym. W grze blisko rywala Augustyniak był w miarę pewny, lecz niestety, jeśli tylko tak proste środki są potrzebne do zostawienia go z tyłu, to nie świadczy to dobrze o jego koncentracji i umiejętnościach na tak newralgicznej pozycji.


Steve Kapuadi - Reprezentantowi Demokratycznej Republiki Konga brakowało skupienia i pewności w tym spotkaniu. Dobrze, że goście nie byli tego dnia dobrze dysponowani w ofensywie, bo Kapuadi często był zagubiony i przesuwał się w obronie chaotycznie. Popełnił także dwa rażące błędy, które mogły zaprzepaścić starania zespołu. W 15. minucie udowodnił to, co napisałem wcześniej - swoim złym ustawieniem, odpuszczeniem pilnowanego przez siebie rywala i podwojeniem krycia Erika Prekopa, złamał linię spalonego i dopuścił do straty gola. Podobnie jak Jan Ziółkowski, próbował wychodzić z piłką przy nodze, jednak był w tym znacznie mniej skuteczny i z tego wzięła się druga poważna pomyłka. W 85. minucie, kompletnie niepotrzebnie jak na ten moment meczu, przy takim wyniku, wyszedł z piłką pod pole karne przeciwnika i podał zdecydowanie zbyt lekko w kierunku Rubena Vinagre, co doprowadziło do straty i groźnego kontrataku, który poszedł tą stroną defensywy, w której powinien znajdować się Kapuadi. Ten próbował powrócić na sprincie, ale był zdecydowanie za daleko od własnego pola karnego, by nadążyć wrócić do niego za akcją. Zabrakło mu w tej meczu boiskowej dojrzałości, którą powinien zachować w tak ważnym meczu.


Zmiennicy


Migouel Alfarela - Wszedł na boisko po przerwie. Kilkukrotnie dynamicznie ruszył na lewej stronie i próbował swoich sił w dryblingu, lecz był znacznie mniej efektywny niż grający wcześniej na lewej flance Ryoya Morishita. Raz spróbował podobnej akcji, po której zdobył bramkę w meczu z Koroną Kielce, ale jego techniczny strzał został zablokowany i wywalczył tylko rzut rożny. W 62. minucie próbował świetną centrą zewnętrzną częścią stopy obsłużyć Jean-Pierre'a Nsame, pokazywał napastnikowi przed dośrodkowaniem, że będzie dokręcał je w kierunku bramki i żeby ten wbiegał w głąb pola karnego, ale Kameruńczyk nie posłuchał go, zatrzymał się i nie miał szans wykończyć podania, które Alfarela posłał w to miejsce, w które chciał. Pod koniec doliczonego czasu gry dobrze wybiegł z własnej połowy za wysoko ustawioną linię defensywy, przyjęciem wysokiego podania od Bartosza Kapustki odegrał piłkę do Ilji Szkurina, by chwilę później prostopadłym podaniem wywalczyć dla niego pozycję sam na sam, ale fatalnym wykończeniem Białorusin zabrał mu asystę. Mimo że nie był to tak imponujący występ, jak w Kielcach, Alfarela i tak potrafił dać drużynie jakąś korzyść.


Claude Goncalves - Pojawił się na murawie w 76. minucie. Dużo biegał i naciskał wysoko rywali, by ci nie mogli przedostać się na połowę Legii. Kilka razy jego naciski doprowadziły ostatecznie do przejęcia piłki bądź przerwania ataku. Przez tę kilkanaście minut na boisku wykonywał mrówczą pracę, która nie pozwalała gościom rozwinąć skrzydeł.


Kacper Chodyna - Zamienił na boisku Wahana Biczachczjana. Właściwie był kompletnie niewidoczny - ani w ofensywie, ani defensywie, do której powrotu w pewnym momencie musieli go namawiać sfrustrowani Paweł Wszołek i Bartosz Kapustka. Po tej reprymendzie skrzydłowy cofnął się i nieco wspomógł zespół w defensywie, szczególnie przy jednej akcji, w której skutecznie wrócił za rywalem na pole karne.


Ilja Szkurin - Wszedł na murawę w 81. minucie. Przebywał na niej zbyt krótko, by całkowicie ocenić jego grę. W jednej z ostatnich akcji meczu zmarnował jednak fenomenalną szansę na gola, strzelając obok golkipera i bramki w sytuacji sam na sam.


Artur Jędrzejczyk - Pojawił się na boisku w doliczonym czasie drugiej połowy. Grał zbyt krótko, by ocenić jego występ.

Udostępnij