Raptem po trzech dniach od wyjazdowego meczu Legii do Ostrawy w ramach drugiej rundy kwalifikacyjnej Ligi Europy przyszło nam jechać na kolejny wyjazd – tym razem na ligową potyczkę w Świętokrzyskiem. Spotkanie rozgrywane późnym wieczorem w Kielcach stanowiło także pierwszą rywalizację „Wojskowych” w Ekstraklasie, jako że pojedynek przy Łazienkowskiej z Piastem Gliwice został przesunięty na grudzień ze względu na powrót naszej drużyny z Kazachstanu.
Relacja z trybun: Ulewne Kielce
Jednocześnie trzeba otwarcie przyznać, że w ostatnich latach legionistom nie grało się najlepiej przy Ściegiennego. Spośród czterech wyjazdowych meczów przeciwko Koronie Legia zwyciężyła tylko raz (1-0 rok temu), dwa razy zremisowała (1-1 i 3-3) i raz przegrała (1-2 w Pucharze Polski). Biorąc to pod uwagę, jak i fakt, że trener Iordanescu wystawił na niedzielne spotkanie dość eksperymentalny skład, część z nas miała wątpliwości, czy pierwsza ligowa potyczka stołecznej ekipy zakończy się pomyślnie. Jak się później okazało, na szczęście niepotrzebnie.
W kierunku stolicy województwa świętokrzyskiego udaliśmy się chwilę po godzinie 16:00 i trzeba zaznaczyć, że podróż nie była usłana różami. Obfite opady połączone z wyładowaniami atmosferycznymi spowodowały, że nie poruszaliśmy się w kierunku Kielc zbyt szybko. Dodatkowo miejscowa policja nie zdążyła na czas zablokować stosownych zjazdów do miasta, przez co część naszej grupy musiała dokonywać zawrotki. Z tego względu na parkingu przed sektorem gości zameldowaliśmy się mniej więcej godzinę przed początkiem rywalizacji.
Ponadto, jako że aura w mieście „Scyzorów” dosłownie oszalała, istniało ryzyko, że mecz w ogóle się nie odbędzie. Korytarze oraz pomieszczenia klubowe zostały bowiem zalane i czyniono starania, aby przywrócić je do stanu używalności. Na szczęście kilkadziesiąt minut przed pierwszym gwizdkiem opady zelżały i wiadomo było, że spotkanie jednak dojdzie do skutku i to mimo iż sama rywalizacja rozpoczęła się z istną „pompą” z nieba.

Tego deszczowego wieczora naszymi wokalnymi poczynaniami dyrygował „Staruch”. Gdy tylko nasi zawodnicy pojawili się na murawie, zaśpiewaliśmy donośnie „Mistrzem Polski jest Legia”. Gdy spiker kielczan zaintonował „Kto wygra mecz?” w kierunku fanów „Dumy Świętokrzyskiej”, odpowiedzieliśmy w jedyny możliwy sposób, czyli że Legia. W ogóle trzeba przyznać, że cała nasza grupa, wspierana przez kilku zgodowiczów z Radomia, Sosnowca i Elbląga, których naturalnie pozdrowiliśmy, pod kątem dopingu pokazała się naprawdę z bardzo dobrej strony. Brzmienie „Jesteśmy zawsze tam!” w wersji z Lokeren i z przysiadaniem, które z przytupem śpiewaliśmy jeszcze przed początkiem starcia, powodowało momentami ciarki na plecach.
Po rozpoczęciu meczu przez Marciniaka wcale nie zwalnialiśmy tempa, tylko wkręcaliśmy się coraz mocniej w dopingowanie naszej drużyny. Zarówno „Tylko Legia”, jak i „Nasza Legio, będziemy zawsze z Tobą” miały w sobie niewyobrażalną energię, która mogła i musiała pomóc naszym grajkom na boisku. A ci – wbrew wszelkiej logice i w mocno rezerwowym składzie – początkowo grali jak z nut. Nie trzeba było długo czekać na efekty, bo już w 9. minucie ten sam, który uratował remis w Ostrawie, czyli Jean-Pierre Nsame, trafił do siatki rywali. „Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz!” oraz „Do boju, Legio, marsz!” – krzyczeliśmy przenikliwie do piłkarzy, by ci nie zwalniali tempa i dali nam powód do dumy. Niestety, paradoksalnie objęcie prowadzenia spowodowało, że nasi zawodnicy poczuli się chyba zbyt pewnie i coraz częściej pozwalali Koronie na dochodzenie do głosu na boisku, a ta coraz śmielej próbowała przedrzeć się w nasze pole karne. Fortunnie, nasza defensywa stawała na wysokości zadania.
Jeśli chodzi o gospodarzy, to pod względem śpiewów prezentowali się podczas całego spotkania bardzo poprawnie; i to mimo niekorzystnego rezultatu dla ich zespołu. Co ciekawe, jeśli chodzi o wzajemne „uprzejmości”, tego wieczora było ich jak na lekarstwo. Ograniczyły się one do pojedynczych okrzyków „Żółto-czerwona...” oraz „Pier… cię, kielecki psie!”.
My zaś – rytmicznie i nadal z werwą – wspieraliśmy głośno naszą drużynę, wykonując najrozmaitsze przyśpiewki z naszego repertuaru, spośród których chyba najlepiej wyszło nam „Legiaaaa, Legia Warszawa!”. Warto dodać, że po stosunkowo długiej „nieobecności” na wyjazdowym szlaku zaśpiewaliśmy „Warszawę”, a w już w doliczonym czasie pierwszej połowy zatańczyliśmy także legijnego walczyka. Gwizdek kończący tę część rywalizacji pozwalał nam z umiarkowanym optymizmem nastawiać się na drugie 45 minut meczu.
Początek drugiej połowy spotkania rozpoczęliśmy od hymnu naszego klubu, a następnie z impetem zaintonowaliśmy „Szkołę, pracę, dziewczynę, rodzinę”. Nie zdążyliśmy jeszcze wkręcić się z całą mocą w doping, a „Wojskowi” już podwyższyli prowadzenie; i to w jaki sposób! Bramka Alfareli – nad wyraz pięknej urody – spowodowała, że część z nas przecierała oczy ze zdumienia, a inni zbierali szczęki z podłogi. Normalnie stadiony świata! Trudno opisać radość, w jaką w tym momencie wpadliśmy.
Naładowani pozytywną energią zaczęliśmy długo i donośnie uskuteczniać „Ole, ole, ole, ola!” (także z przysiadaniem) oraz „Za kibicowski trud”. Przez moment jednak ciśnienie nam się podniosło, jako że kielczanie mieli szansę na kontaktowego gola. Na szczęście dla nas futbolówka trafiła tylko w słupek bramki strzeżonej przez Tobiasza.
Chwilę po 60. minucie pojedynku „Koroniarze” rozpoczęli prezentowanie oprawy, do pokazania której dość długo się przygotowywali. Była ona prosta, ale jednocześnie bardzo wymowna i z jednoznacznym przekazem. Wzdłuż balustrady górnej trybuny fani z Kielc wywiesili długie pasma materiału w barwach narodowych, zaś u dołu ustawili czerwony transparent z białą czcionką o następującej treści: „Nie powtórzmy błędów zachodu, masowa migracja zagrożeniem naszego narodu!”. Całość dopełniły race w barwach narodowych (odpowiednio białe na górnej części trybuny i czerwone – na dolnej). Hasło dotyczyło naturalnie sytuacji związanej z wpuszczaniem przez nasz rząd do Polski (głównie z Niemiec) nielegalnych imigrantów. „Złocisto-Krwistym” należą się ogromne słowa uznania za tę choreografię.

My z kolei od 62. minuty spotkania rozpoczęliśmy doping bez koszulek. Szybko założyliśmy je jednak z powrotem, jako że „Scyzory” zaintonowały hymn państwowy. Z powagi i szacunku do narodowej pieśni w kompletnym ubiorze przyłączyliśmy się do wspólnych śpiewów wraz z całym stadionem. Razem zaśpiewaliśmy „Cała Polska śpiewa z nami, wyp… z uchodźcami!”.
Wspomniana oprawa kielczan w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza spowodowała zadymienie całego obiektu, przez co rywalizację przerwano na kilka minut. My zaś ponownie zdjęliśmy koszulki i w takiej formie uskutecznialiśmy nasz doping już do samego końca meczu, choć trzeba przyznać, że stracił on nieco na swej mocy. Mimo to z każdą kolejną minutą zachęcaliśmy naszych grajków do podwyższenia (i tak korzystnego już) rezultatu, wykonując m.in. „Legioooo!”, „Hej Legia gooool!” czy „Legiaaaa, Legia Warszawa!”.
Zdecydowanie najlepiej i do pełni wokalnej formy wróciliśmy tuż przed końcem pojedynku, który wskutek przerw w grze został wydłużony o dodatkowe dziewięć minut, kiedy – tak, jak miało to miejsce kilka dni wcześniej w Czechach – zaczęliśmy wykonywać „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się”. Ten utwór śpiewaliśmy z niewyobrażalną mocą. To była istna petarda na sam deser rywalizacji z Koroną!
Gdy nasz „ukochany” arbiter zakończył potyczkę, mogliśmy z dumą pierwszy raz w nowym sezonie obwieścić wszem i wobec, że Legia zdobyła tego dnia trzy punkty i zapytać koroniarzy, czy bardzo ich boli... Następnie wspólnie z naszymi piłkarzami, którzy podeszli przed sektor gości, cieszyliśmy się z odniesionego przez nich zwycięstwa. Razem wykonaliśmy „Warszawę” i podziękowaliśmy im gorącymi brawami za wygraną.
Dość długo, bo przez około 40-45 minut, czekaliśmy na opuszczenie sektora gości, a potem mniej więcej jeszcze kolejny kwadrans na otwarcie bramy wyjazdowej z parkingu. Wydaje się to tym dziwniejsze, że fani gospodarzy opuścili stadion w iście ekspresowym tempie. W deszczowej scenerii, bo po „suchej” drugiej połowie ponownie zaczęło padać, acz w dobrych nastrojach, udaliśmy się w drogę powrotną do Warszawy. W stolicy zameldowaliśmy się około 1:30 w nocy.
Przed nami dwa domowe mecze „Wojskowych”. Najpierw w czwartek o 21:00 legioniści zmierzą się w spotkaniu rewanżowym w ramach drugiej rundy kwalifikacyjnej Ligi Europy z czeskim Banikiem Ostrawa, a potem w niedzielę przyjdzie czas na starcie z beniaminkiem Ekstraklasy – powracającą po kilku latach przerwy do najwyższej klasy rozgrywkowej drużyną Arki Gdynia. Dobra wiadomość z pewnością jest taka, że na Łazienkowską – za sprawą zawieszenia kibicowskiego strajku ostrzegawczego – wraca doping. Wszystkich zapraszamy do gorącego wspierania naszego zespołu podczas obu rywalizacji. Uwaga, w trakcie pojedynku z ostrawianami doping prowadzony będzie na Trybunie im. Kazimierza Deyny.
Frekwencja: 13 952
Liczba gości: 777
Flag gości: 9
👉 Zachęcamy do subskrybowania naszego kanału YouTube @Legionisci_com 🔔

