Punkty po meczu z Pogonią Szczecin
1. Zwycięstwo
W ostatnich dwóch meczach – z Rakowem i Jagiellonią – Legia miała przewagę, ale była to przewaga bardziej statystyczna niż realna. Posiadanie piłki, kontrola tempa, dominacja w środkowej strefie – wszystko wyglądało obiecująco, tylko że z tej gry niewiele wynikało. Niby spotkania pod pełną kontrolą, a na koncie zaledwie dwa punkty. I
tu pojawia się największy problem – ofensywa, która zamiast dostarczać
sytuacji podbramkowych, raczej generowała frustrację.
Trudno mieć większe pretensje do defensywy czy organizacji gry – oba mecze wyglądały solidnie, Legia nie pozwalała rywalom na wiele. Ale gdy przyszło do rozstrzygania losów spotkań pod bramką przeciwnika, brakowało zarówno pomysłu, jak i jakości. W starciu z Jagiellonią momentami wyglądało to jeszcze przyzwoicie, były fragmenty, w których warszawiacy naprawdę przyspieszali i potrafili zdominować rywala. Tyle że dominacja bez bramek to jak piękna melodia grana na rozstrojonym instrumencie – niby coś gra, ale efekt nie zachwyca.
Dlatego domowy mecz z Pogonią miał być momentem przełamania. I faktycznie – choć gra Legii nie porwała, a momentami była wręcz toporna, wreszcie udało się zgarnąć to, co najważniejsze: trzy punkty. Pragmatyzm, który wcześniej zabijał warszawiaków, tym razem stał się ich sprzymierzeńcem. Zamiast pięknych akcji i niewykorzystanych okazji – konkret w postaci zwycięstwa. Oczywiście, nie można powiedzieć, że wszystko zagrało idealnie. Jednak wynik, w przeciwieństwie do ostatnich dwóch spotkań, wreszcie jest taki, jakiego Legia potrzebowała.
2. Nie dobili rywala
Do Legii można mieć pretensje za brak umiejętnego dobicia rywala w momencie, gdy całkowicie dominowała na boisku. Przy takiej przewadze aż prosiło się o zamknięcie spotkania drugim golem i spokojną grę do końca. Najlepszą okazję zmarnował Bartosz Kapustka – sytuacja, którą powinien zamienić na bramkę i podwyższenie prowadzenia. W meczu z Pogonią dwa gole byłyby ogromnym handicapem, praktycznie gwarancją pewnego zwycięstwa przy dobrze funkcjonującej defensywie.

Swoje szanse mieli też Krasniqi, Piątkowski, Weisshaupt czy ponownie Kapustka. Problem w tym, że żadnemu z nich nie udało się pokonać Valentina Cojocaru, który tego dnia był jednym z nielicznych jaśniejszych punktów Pogoni. Szkoda, bo szybkie zamknięcie meczu przez Legię sprawiłoby, że końcówka byłaby jedynie formalnością, a zwycięstwo – jeszcze bardziej oczywiste.
3. Praca Rajovicia
Wiem, że napastnika rozlicza się przede wszystkim ze strzelonych bramek, ale po meczu z Pogonią na plus trzeba zapisać występ Milety Rajovicia. I nie chodzi wyłącznie o fakt, że wykorzystał rzut karny, dając Legii jedynego gola. To był mecz, w którym Duńczyk wreszcie pokazał coś więcej niż tylko obecność w polu karnym. We wcześniejszych spotkaniach można było mieć do niego pretensje – bywał ociężały, spóźniony, źle ustawiał się na boisku, często był mało widoczny i jeszcze mniej produktywny. Tym razem wyglądało to zupełnie inaczej. Rajović bardzo często wchodził pomiędzy środkowych obrońców Pogoni, walczył przy długich i prostopadłych podaniach, dawał drużynie możliwość utrzymania się przy piłce wyżej i rozciągnięcia gry.
Imponował nie tylko szybkością, ale przede wszystkim umiejętnością czytania dłuższych zagrań od kolegów. To nie jest może klasyczny „defensywny napastnik”, bo takich Legia nie potrzebuje, ale w niedzielę wniósł do gry drużyny coś, czego wcześniej bardzo brakowało – pressing, walkę i zaangażowanie. Do tego dołożył pewnie wykonaną „jedenastkę” i, co trzeba podkreślić, częściej widzieliśmy go walczącego bark w bark z obrońcami niż biernie czekającego w polu karnym na dokładne podanie. Jeśli Rajović ma być realnym wzmocnieniem Legii, właśnie tak musi wyglądać jego gra – nie tylko gole, ale też praca dla drużyny.

4. Wygląda to obiecująco
Kiedy Edward Iordanescu obejmował Legię, jednym z pierwszych punktów, na które zwrócił uwagę, była gra defensywna. Sam podkreślał, że właśnie w tym elemencie zespół musi zrobić największy postęp. I trzeba przyznać – efekty pracy trenera widać już teraz, a w ostatnich meczach defensywa Legii prezentowała się naprawdę obiecująco.
Spójrzmy na liczby. W starciach z silnymi rywalami – Rakowem Częstochowa, Jagiellonią Białystok i Pogonią Szczecin – przeciwnicy oddali łącznie tylko 17 strzałów, z czego zaledwie cztery celne. Cztery! A jedyny gol, jaki padł w tych spotkaniach, to rzut karny, który – jak pokazały późniejsze analizy – w ogóle nie powinien zostać podyktowany. To statystyka, której nie można zbagatelizować.
Na taki obraz gry składa się kilka czynników. Po pierwsze – Legia kontroluje mecze poprzez posiadanie piłki. Gdy zespół dominował w środku pola i prowadził grę, przeciwnicy mieli ograniczone pole manewru, a ich próby ataków kończyły się zanim zdążyły nabrać tempa. Po drugie – warszawiacy popełniają zdecydowanie mniej indywidualnych błędów, które w poprzednich miesiącach i latach tak często odbierały drużynie punkty. Przeciwko Pogoni pewne pomyłki się pojawiły, ale nie były na tyle kosztowne, by przełożyły się na stratę gola.
Trzecim elementem jest dyscyplina taktyczna. Pod wodzą Iordanescu boczni obrońcy, z wyjątkiem Wszołka, znacznie rzadziej zapuszczają się zbyt głęboko do ofensywy. Dzięki temu defensywa nie jest zaskakiwana kontrami i nie musi desperacko łatać powstałych dziur. Widać w tym wyraźną zmianę filozofii – najpierw bezpieczeństwo, później atak.
No i wreszcie indywidualności. Kamil Piątkowski i Damian Szymański wyrastają na prawdziwych liderów. Piątkowski wnosi ogrom spokoju i pewności w grze obronnej – szkoda tylko, że kontuzja zmusiła go do wcześniejszego opuszczenia boiska. Oby uraz okazał się niegroźny, bo jego rola w układance trenera jest nie do przecenienia. Z kolei Szymański to przykład piłkarza, który nie tylko zabezpiecza defensywę, ale także nadaje ton całemu zespołowi – biega, przesuwa, walczy i asekuruję, a przy tym emanuje determinacją, która udziela się innym.
Warto też pochwalić Radovana Pankova – Serb, wchodząc z ławki w meczu z Pogonią, pewnie zastąpił Piątkowskiego, pokazując, że szeroka kadra naprawdę ma znaczenie. Takie wejścia budują drużynę i dają trenerowi poczucie, że ma realne alternatywy na ławce.
Defensywa była piętą achillesową Legii od dawna. Teraz wygląda na to, że Iordanescu krok po kroku zamienia ją w atut. A jeśli ta tendencja się utrzyma, Legia zyska fundament, na którym można budować drużynę gotową do walki o mistrzostwo. Bo każdy trener wie jedno – bez solidnej obrony nie ma zwycięstw.
5. Balans
I tutaj dochodzimy do kluczowej kwestii. Żeby nie było – nie nawołuję do zwolnienia trenera, jak niektórzy sugerują. Wręcz przeciwnie – Edward Iordanescu wniósł do Legii kilka pozytywów. Ale nie da się ukryć, że drużyna musi znaleźć z nim odpowiedni balans.
Wszyscy wiemy, jak chce grać trener Iordanescu: długie posiadanie piłki, mocna defensywa, spokojne budowanie akcji ofensywnych. Tyle że na tym etapie pojawia się problem – brak balansu między tym, co działa w defensywie, a tym, co woła o poprawę w ofensywie. O ile defensywa naprawdę zasługuje na pochwały, o tyle ofensywa momentami wygląda jakby była „bezzębna”. W kilku meczach Legia nie stwarza praktycznie żadnych sytuacji podbramkowych i walczy o przebicie się przez mur, w innych mamy sporo okazji, a mimo to udaje się zdobyć tylko jednego gola.
To musi się zmienić. Piłka nożna jest dynamiczna i w jednej chwili wszystko może się odwrócić – najlepszym przykładem niech będzie mecz z Hibernian FC. W pierwszej połowie u siebie powinniśmy już praktycznie zamknąć rywalizację, a kilkanaście minut później byliśmy poza pucharami.
Trener musi odnaleźć w zespole odpowiedni balans. Obecnie ofensywa wygląda, jakby brakowało jej wyraźnego pomysłu i skuteczności w starciu z zespołami, które stawiają autobus w polu karnym. A trzeba być szczerym – w wielu meczach Ekstraklasy właśnie tak będą wyglądać defensywy rywali. Jeśli Legia nie znajdzie sposobu, by ukłuć takie zespoły, kontrola meczu i przewaga w posiadaniu piłki nie przełożą się na punkty.
6. Przypadek czy zmiana?
Na koniec mała wzmianka o rzutach rożnych – mojej małej obsesji, w której widzę jedne z największych mankamentów Legii. Warto jednak zauważyć, że w meczu z Pogonią dwa z nich wyglądały naprawdę dobrze i zaowocowały konkretnymi sytuacjami podbramkowymi.

Pierwszy z nich miał miejsce na początku meczu. Po krótkim rozegraniu rzutu rożnego przez Bartosza Kapustkę do Juergena Elitima, ten znalazł się w dobrej sytuacji, by dostarczyć piłkę w pole karne, gdzie kilku zawodników Legii było na dobrych pozycjach do strzału. Niestety sytuacja została zmarnowana – "Kapi" niecelnie dośrodkował, choć jeszcze w zamieszaniu podbramkowym uderzał Piątkowski, a jego strzał obronił bramkarz Pogoni. Dobitka Kapustki wylądowała wysoko nad bramką, co ostatecznie przekreśliło tę okazję.
Drugi rzut rożny prezentował się już znacznie lepiej. Tym razem dośrodkowywał Elitim, a Pankov wyskoczył na krótkim słupku i uderzył głową, stwarzając realne zagrożenie pod bramką rywali. Zdziwiło mnie, że po rzutach rożnych, w których wreszcie był jakiś pomysł (w końcu!), Legia potrafiła wypracować dwie sytuacje podbramkowe. Pytanie tylko, czy to efekt przypadkowy, czy wreszcie wzięcie się do pracy duetu Astiz-Mokry zaczyna przynosić wymierne efekty.
Kamil Dumała
