Legia Warszawa skompromitowała się w sobotę w Radomiu, gdzie przegrała 1-3 z Radomiakiem. Gra legionistów wyglądała fatalnie, nie było w niej żadnego pomysłu, a gospodarzom udało ich się zdominować na całej przestrzeni spotkania. Zapraszamy na minusy, jakie przyznaliśmy podopiecznym trenera Goncalo Feio za to widowisko.
Plusy i minusy po meczu z Radomiakiem
Bartosz Kapustka - Zawodnik, któremu za ten mecz możemy zarzucić najmniej. Szczególnie pierwsze minuty były dobre w jego wykonaniu, a w 6. minucie udało mu się zdobyć gola po płaskim, technicznym strzale tuż sprzed pola karnego między obrońcami Radomiaka. Później już tak nie błyszczał, ale nie można zarzucić mu braku chęci, zaangażowania, bo wydawało się, że jest jednym z nielicznym zawodników, któremu chce się przebywać na murawie i walczyć o lepszy wynik. Pracował dużo w defensywie, wygrywał sporą liczbę pojedynków i próbował rozkręcić rozegranie stołecznej drużyny, choć to niezbyt mu wychodziło. Głównym problemem Kapustki jest jednak jego mentalność jako kapitana, która w takim meczu powinna podnieść resztę kolegów z drużyny. O ile po pierwszej straconej bramce pomocnik próbował jeszcze pobudzić resztę zespołu, tak po każdych następnych niepowodzeniach miał coraz niżej spuszczoną głowę i nie reagował na to, co się dzieje. Piłkarsko nie zawalił, ale jako lider - a i owszem.
Sergio Barcia - Hiszpan udowodnił, czemu w trakcie sezonu spadł w hierarchii obrońców na pozycję nr 4 czy nawet 5. Miał być skutecznym zabezpieczeniem obrony przeciwko szybkim zawodnikom ofensywnym gospodarzy, tymczasem przyczynił się do każdej z trzech straconych bramek. Przy pierwszej wydawało się, że zdąży do piłki przed pędzącym Capitą, jednak okazał się wolniejszy, a dodatkowo w ostatnim momencie zawahał się, następnie dał się ograć skrzydłowemu na zamach, zakręcić sobą tak, że jeszcze przez długi czas będzie obrońcy szumieć w głowie, czy dodatkowo zablokował jeszcze wracającego do obrony Wahana Biczachczjana i uniemożliwił mu próbę interwencji. Przy drugim trafieniu kompletnie zaspał w polu karnym i po raz kolejny dał się wyprzedzić, tym razem Janowi Grzesikowi, który wbił piłkę do pustej bramki. Ostatnie trafienie to nieporozumienie z Vladanem Kovaceviciem, w którego Hiszpan wbiegł i przeszkodził mu w skutecznym złapaniu futbolówki. Defensor na całej przestrzeni meczu zachowywał się po prostu jak dziecko we mgle, był całkowicie zdekoncentrowany i popełniał proste błędy, przede wszystkim w ustawieniu. Jeśli jego dyspozycja będzie wyglądała tak, jak w sobotę, to przez długi czas nie powinien powąchać murawy.
Vladan Kovacević - Podobnie jak poprzednik, popełnił kardynalne błędy przy każdym ze straconych goli. Najpierw interweniował tak nieporadnie, że przy strzale z dość ostrego kąta dał sobie przebić dłonie, później wybił piłkę wprost do rywala, zapoczątkowując akcję bramkową i nie wiadomo po co wyszedł wysoko z linii bramkowej, dając się ograć, by ostatecznie popełnić błąd na przedpolu i nie złapać lecącej prosto w dłonie piłki. Oczywiście, przy trzeciej bramce Sergio Barcia zdecydowanie utrudnił mu interwencję, ale to golkiper był przodem do futbolówki, lepiej widział co się dzieje i mógł podjąć inną decyzję, np. piąstkować zamiast próbować łapać. Gdyby takie błędy w jednym meczu popełnił którykolwiek z młodych golkiperów obecnych w Legii, to nie miałby już w Warszawie życia. Dodatkowo golkiper miał ogromne problemy ze skutecznym wybijaniem piłki, a większość jego zagrań lądowało za linią boczną. Bramkarza należy pochwalić jednak za jego robinsonadę z 29. minuty, kiedy to świetnie, instynktownie wybronił strzał głową z dużej odległości, ratując wówczas remis. Jak na razie jednak, Bośniak po transferze do Legii zdecydowanie więcej zawalił niż naprawił.
Paweł Wszołek - Katastrofalny występ prawego obrońcy. Przegrywał praktycznie wszystkie pojedynki siłowe i szybkościowe, gubił się w ustawianiu i często odpuszczał krycie przeciwnika. Wszystkie te aspekty były widoczne od samego początku meczu, a w jego trakcie skutecznie wykorzystywał to Capita, który momentami ośmieszał Wszołka. Większość akcji Radomiaka przeprowadzanych przez stronę defensora i jego niepewność były ogromnym zagrożeniem dla drużyny. W tym spotkaniu Wszołek również nie wkładał kompletnie nic w akcje ofensywne, rzadko podłączał się do nich i pokazywał do podań. Podobnie jak Bartosz Kapustka, jako jeden ze starszych zawodników i liderów drużyny powinien zrobić wszystko, by podnieść zespół, jednak to ewidentnie nie był jego dzień pod każdym aspektem.
Ruben Vinagre - To co dzieje się na początku roku z Portugalczykiem, jest enigmą. Nie wiadomo, czy boczny obrońca odczuwa jeszcze skutki ostatniej kontuzji, czy może myślami jest już powoli gdzie indziej. Vinagre całkowicie utracił swój błysk, którym tak czarował w rundzie jesiennej. Większość jego dryblingów kończyła się stratą, udane zagrania można policzyć na palcach jednej ręki, a o jakichś ofensywnych zrywach i celnych dośrodkowaniach można było tylko pomarzyć. Co gorsza, jeszcze słabiej wyglądał w aspektach defensywnych. Gubił się, opuszczał swoją pozycję, pozostawiając mnóstwo przestrzeni za swoimi plecami, a w pojedynkach z rywalami był okropnie nieskuteczny. Jak na razie, po najlepszym zawodniku Legii zostały tylko wspomnienia i jeśli tak dalej pójdzie, to włodarze Legii mogą zapomnieć o sporym zarobku. Zszedł z boiska w 86. minucie.
Jan Ziółkowski - Zdecydowanie najgorszy występ młodego obrońcy w barwach Legii, który pokazał, że potrzebuje mieć obok siebie bardziej doświadczonego i pewnego defensora. W wielu momentach "Ziółek" był skuteczny, nie dawał się przejść i twardo interweniował, ale popełniał również bardzo proste i kosztowne błędy. Przy pierwszym trafieniu Radomiaka był wysoko ustawiony, praktycznie przy linii środkowej, gdzie w bardzo prosty sposób przegrał przebitkę z Abdoulem Tapsobą, przez co poszła dalsza część akcji, a obrońcy zabrakło w polu karnym. W 29. minucie stracił krycie Paulo Henrique w "szesnastce", Portugalczyk uderzył głową z bliskiej odległości i tylko skuteczna interwencja bramkarza uratowała Legię przed startą bramki. Przy drugim straconym golu starał się jak mógł, ale był spóźniony z interwencją wślizgiem, co mogło być spowodowane tym, że zamiast momentalnie wracać za akcją, defensor wymachiwał dłonią, sugerując zagranie ręką bądź pozycję spaloną. Nie można odmówić Ziółkowskiemu walki i zaangażowania, jednak momentami brakowało koncentracji.
Marc Gual - Pierwsze 20 minut było niezłe w wykonaniu Hiszpana. Był aktywny, uratował drużynę przed startą bramki, wybijając piłkę z linii bramkowej, a później po strzale z dystansu był bliski wywalczenia rzutu karnego. Później Hiszpana było jednak coraz mniej, a ostatecznie przez prawie godzinę gry dotknął piłkę tylko 28 razy. Napastnika po prostu w tym spotkaniu nie było. Ani nie pokazywał się w polu karnym, ani nie pomagał zbytnio w rozegraniu - po prostu przebiegał tyle, na ile trener mu pozwolił.
Wahan Biczachczjan - O Marcu Gualu było krótko, to co można napisać o Biczachczjanie, który miał prawie dwa razy mniej kontaktów z piłką od Hiszpana? Uczestniczył przy dwóch bramkach - najpierw wywalczył rzut wolny i niecelnie dośrodkował z niego na pole karne Radomiaka, co po wybiciu obrońców skończyło się golem Bartosza Kapustki, a później swoją niecelną próbą podania górą do Pawła Wszołka rozpoczął pierwszą akcję bramkową gospodarzy. Można pochwalić Ormianina za to, że próbował jeszcze wrócić w tej sytuacji do defensywy, jednak chyba blokada Sergio Barcii speszyła go, bo później jakby bał już się pomagać kolegom w obronie. Nie wybiegł na boisko po przerwie.
Maximillian Oyedele - Początkowo można było pochwalić defensywnego pomocnika za kilka powrotów do defensywy i asekurowanie w polu karnym obrońców, jednak z czasem był coraz mniej aktywny i skuteczny. Przy drugim straconym golu ślamazarnie zbierał się do zablokowania Abdoula Tapsoby, ostatecznie nie zdążył tego zrobić i pozwolił mu na zagranie górą na pole karne. Był również beznadziejny w rozegraniu piłki, a jego wysokie, długie piłki były całkowicie pozbawione sensu. Także nie wybiegł na drugie 45 minut.
Juergen Elitim - O ile, przy tak grającej w sobotę w ofensywie Legii, mniejsza aktywność Marca Guala czy Wahana Biczachczjana może nie dziwić, tak Elitima już bardzo. Kolumbijczyk był chyba najbardziej schowanym zawodnikiem z całej drużyny. Całkowicie nie było go w rozegraniu, było to bardzo widoczne i odbiło się na dyspozycji całej gry drużynowej. W zasadzie równie dobrze mógłby zejść z boiska i nikt nie odczułby jego braku. Patrząc na to, że powrót pomocnika miał być głównym wzmocnieniem zespołu w rundzie wiosennej, to jak na razie kompletnie nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Został zmieniony w przerwie meczu.
Ryoya Morishita - Gdyby tylko Japończyk był skuteczny, to na pewno nie otrzymałby minusa. Był zdecydowanie najbardziej aktywnym zawodnikiem ofensywnym Legii, co w sumie nie było dużą sztuką. W 26. minucie dobrze zszedł do środka na lewą nogę i uderzył technicznie w światło bramki, jednak golkiper Radomiaka popisał się świetną interwencją. W drugiej części brał na siebie dużo ciężaru gry, ale kompletnie nic mu nie wychodziło - miał wiele nieudanych dryblingów, większość podań było nieskutecznych, co skończyło się ostatecznie aż 18 stratami w całym meczu. Był także bardzo nieskuteczny w dryblingu i pojedynkach z przeciwnikami. Japończykowi naprawdę nigdy nie można odmówić zaangażowania, tak było również w Radomiu, ale bycie jeźdźcem bez głowy nie wystarczy.
Zmiennicy
Rafał Augustyniak - Pojawił się na murawie po przerwie i był jedynym w miarę pozytywnym zastępstwem w tym meczu. Podobnie jak Maximillian Oyedele, często wspomagał defensywę, jednak podejmował znacznie lepsze decyzje. Był silny i nieustępliwy w pojedynkach, radził sobie naprawdę dobrze z rywalami. Zdecydowanie gorzej było w kwestii rozegrania, a jakość jego podań pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Całościowo jednak wprowadził coś do gry drużyny i starał się rozkręcić jej poczynania, choć bez większego skutku.
Patryk Kun - Wszedł na boisko w 86. minucie. Grał zbyt krótko, by ocenić jego występ.
Kacper Chodyna - Dostał 45 minut na pokazanie swoich możliwości i po raz kolejny kompletnie zawiódł. Jego występ można nazwać jednym wielki zerem - zero celnych dośrodkowań, przerzutów, udanych dryblingów czy w ogóle jakichkolwiek pojedynków z rywalami. Najskuteczniejszy był w momentach, kiedy podawał piłkę wprost pod nogi rywala, bo na 24 kontakty z piłką zanotował aż 11 strat. Po Chodynie widać, że mentalnie jest całkowicie na dnie i z każdym kolejnym złym zagraniem jest tylko gorzej. Coraz bardziej potwierdza się, że skrzydłowy nie radzi sobie z presją, jaka panuje w Legii i będzie bardzo ciężko mu się przebić w tym klubie na stałe.
Claude Goncalves - Wszedł na boisko po przerwie. W zasadzie nie wiadomo, czemu ten zawodnik w ogóle pojawia się jeszcze na murawie. Po raz kolejny nie wniósł do dorobku drużyny choćby złamanego grosza. Rozgrywał piłkę na lewej stronie, ale za każdym razem próbował jak najprostszych rozwiązań, co całkowicie nie przyspieszało ataków, a często kończyło się stratą. W 76. minucie spróbował strzału z dystansu po zebraniu piłki wybitej po rzucie rożnym, jednak posłał piłkę wysoko w trybuny.
Ilja Szkurin - Wszedł na boisko w 57. minucie. Dla Białorusina był to oficjalny debiut w barwach Legii. Jeśli ktoś myślał, że jego wejście odmieni grę ofensywną Legii, to grubo się pomylił. Przez ponad pół godziny gry dotknął piłki tylko 10 razy i nawet wtedy nie potrafił zrobić z nią kompletnie nic, oprócz odegrania do tyłu. To zresztą kilkukrotnie kończyło się też stratą czy zagraniem wprost pod nogi rywala. Tę zmianę spokojnie można nazwać imieniem Tomasa Pekharta z tego sezonu. Pierwszy kontakt Szkurina z Legią był całkowicie nieudany, ale dajmy napastnikowi jeszcze czas.
